Spis treści
Webinar łatwo potraktować jak jedną godzinę w kalendarzu. U mnie bardziej działa myślenie o nim jak o wejściu do całej drogi: ktoś widzi temat, trafia na stronę, zapisuje się, dostaje przypomnienie, przychodzi na spotkanie, a dopiero potem może zdecydować, czy chce iść dalej.
Na warsztat, który prowadziłem, zapisało się 270 osób, a na żywo przyszło 90. Ta różnica nie oznacza, że reszta była bezwartościowa. Pokazuje raczej, że zapis i obecność są dwoma różnymi krokami. Dlatego nie zaczynam od slajdów. Zaczynam od pytania: co ma się wydarzyć po tym, gdy ktoś kliknie w reklamę albo link?
Najpierw jedno wejście, nie pięć opcji
Strona webinaru ma dla mnie jeden cel: zapis. Nie musi tłumaczyć całej firmy, wszystkich usług i historii marki. Ma powiedzieć komu pomaga spotkanie, z jakim problemem człowiek wyjdzie i kiedy się widzimy. Jeśli odbiorca zastanawia się, czy kliknąć, nie dokładaj mu kolejnych ścieżek.
Przy budowie takiej strony możesz użyć checklisty landing page (otwiera się w nowej karcie). Najpierw sprawdź, czy formularz działa na telefonie i czy po zapisie ktoś od razu wie, co dalej. Dopiero później dopieszczaj kolor przycisku.
Zapis nie jest jeszcze obecnością
W moim przypadku 270 osób zapisało się na warsztat, a 90 było na żywo. To nie jest argument, żeby przestać zbierać zapisy. To argument, żeby po zapisie zaplanować kolejne kontakty.
Możesz potraktować ten moment prosto: rano przypominasz, co odbiorca wyniesie ze spotkania. Krótko przed startem dajesz link i jeden jasny komunikat. Następnego dnia wysyłasz powtórkę albo kolejny krok. Takie sekwencje nie zastępują dobrego tematu, ale dają ludziom realną szansę, żeby wrócić do decyzji w swoim dniu.
Jeśli budujesz to w narzędziu do maili, Kit (otwiera się w nowej karcie) jest po prostu miejscem, w którym możesz połączyć formularz, potwierdzenie i wiadomości przypominające. Narzędzie nie naprawi niejasnej obietnicy, ale może zdjąć z Ciebie ręczne pilnowanie każdego kontaktu.
Spotkanie ma prowadzić do jednej decyzji
Na webinarze łatwo wpaść w tryb: dam jak najwięcej wiedzy, żeby udowodnić, że się znam. Ja po cyklu live’ów widzę, że sama ilość treści nie robi jeszcze ruchu dalej. Lepiej wybrać jeden problem, pokazać drogę i na końcu powiedzieć wprost, co odbiorca może zrobić teraz.
Ten kolejny krok nie musi od razu być zakupem. Może to być powtórka, rozmowa, zapis na listę albo materiał, który pomaga wykonać pierwszy ruch. Ważne, żeby był jeden. Gdy po spotkaniu dajesz pięć różnych przycisków, część osób nie wybierze żadnego.
Webinar to element lejka, nie osobny projekt
Najprościej rozpisać to jako cztery etapy: temat, który zatrzymuje właściwą osobę; strona z zapisem; wiadomości, które pomagają pojawić się na żywo; oraz jeden następny krok po spotkaniu. To właśnie jest lejek dla eksperta (otwiera się w nowej karcie) bez żargonu i bez budowania wielkiej maszyny na start.
Nie potrzebujesz od razu perfekcyjnego webinaru. Potrzebujesz sprawdzić, czy ludzie rozumieją temat, czy zapis działa, czy dostają przypomnienie i czy wiedzą, dokąd iść po spotkaniu. Dopiero wtedy masz materiał, żeby poprawiać kolejny cykl, a nie tylko zgadywać po frekwencji.
Mój test przed uruchomieniem zapisu
Przed publikacją sprawdź cztery rzeczy: czy strona mówi o jednym problemie, czy formularz zapisuje bez błędu, czy po zapisie wychodzi pierwsza wiadomość i czy na końcu webinaru masz jedno konkretne CTA. Jeśli któraś odpowiedź brzmi „chyba”, to nie jest jeszcze detal. To jest następne zadanie.









